• Slajd.png
  • Slajd_custom.png

Zdrowa religijność

Możemy zauważyć, że w Kościele katolickim istnieje duży problem z tzw. „niewłaściwą (fałszywą) religijnością”. Dlaczego tak się dzieje? Jak można to wytłumaczyć? Czy istnieją jakieś skuteczne sposoby „naprawienia” tego, co niewłaściwe?


I. Przyczyny „fałszywej religijności”

Z reguły sami nie widzimy, że w naszej religijności jest coś „fałszywego” – coś, czego tak naprawdę Bóg od nas nie oczekuje, a co wynika najczęściej z: naszych zranień, braku wiedzy, ignorancji lub wiedzy fałszywej. Potrafią to dostrzec ludzie wokół nas. Jesteśmy często zaślepieni, niezdolni przyjąć prawdy o sobie. Ludzka psychika wykształtowała specjalne systemy obronne, które zamykają nas przed poznaniem prawdy o sobie. Uzdrowienie zranień wymaga naszej zgody na otwarcie ran i przeżycie bólu, którego kiedyś być może nie bylibyśmy w stanie przeżyć, a który nadal nosimy (ukryty gdzieś w podświadomości). Z psychologii wiemy, że stłumione emocje gromadzą się w podświadomości (Józef Augustyn nazywa to miejsce „trzecim pomieszczeniem”).


Nieświadomie sami oszukujemy siebie. Budujemy fałszywy świat, fałszywy obraz Boga i fałszywą religijność. Niestety ten ukryty świat stłumionych emocji często daje o sobie znać. Jak go rozpoznać? Przykładowo, kiedy podczas kłótni ktoś nas rani i atakuje, uczucia, które pojawiają się w nas, pochodzą głównie z przeszłości (z dawnych zranień – bardzo konkretnych sytuacji). Przeważnie tylko niewielka część emocji jest reakcją naszej psychiki na obecne zdarzenie.


Naturalną reakcją człowieka jest przypisywanie winy za cały ból osobie, której zachowanie go wywołało. Wówczas atakujemy tę osobę niewspółmiernie do jej intencji. Może też okazać się, że jest ona w ogóle niewinna, a jej zachowanie tylko przypomniało naszej podświadomości jakieś przykre zdarzenie, co wywołało stłumione w tamtym momencie uczucia. Nieraz trudno jest nam przyjąć, że ten ból pochodzi ze zranień, z naszej przeszłości, i że zaatakowaliśmy kogoś niewinnego lub zareagowaliśmy zbyt mocno. Ciężko jest podjąć decyzję o rozpoczęciu pracy nad sobą – pracy z własnymi uczuciami. Nie jest łatwo nauczyć się rozpoznawać własne uczucia i zauważać źródła ich pochodzenia. Jest to jednak możliwe!! Bóg, nasz Ojciec, wzywa każdego człowieka do poznania prawdy o sobie, do odwagi otwarcia i uzdrowienia ran. Celem tego jest nasze dojrzewanie do świętości. Ojciec udostępnia nam wiele przydatnych narzędzi: wiedzę, naukę, książki, psychologów, terapeutów, mądrych kapłanów, kierownictwo duchowe, codzienną modlitwę, Pismo Święte, sakramenty, modlitwę o uwolnienie, rekolekcje zajmujące się uzdrowieniem zranień (wspomnień), a w razie potrzeby egzorcyzmy. W trakcie zdobywania odpowiedniej wiedzy, połączonej z procesem uzdrowienia wewnętrznego, następuje równolegle proces „odfałszowania” naszej religijności. Proces ten jest drogą, którą przechodzimy przez całe nasze życie.


Łatwo jest nam oceniać innych ludzi i denerwować się, że nie widzą prawdy o sobie. Bardzo często jestem zła na katolików, po zachowaniu których w ogóle nie widać, że są chrześcijanami. Sama jednak nie widzę często prawdy o sobie, a widzą ją wszyscy wokół mnie (Józef Augustyn zachęca do otwarcia się na uwagi, które słyszymy na nasz temat). Kiedyś wydawało mi się, że skoro spełniam wszystkie przykazania i dużo się modlę, to jestem prawie idealna, święta. Uważałam się za lepszą od innych. Jak mylne było to przekonanie!


Prawdę o sobie zobaczyłam dopiero dzięki cierpieniu. Stopniowo zaczęły pojawiać się w moim życiu problemy rodzinne, pracoholizm, a potem załamanie i problemy zdrowotne. Straciłam całkowicie siły oraz zdrowie. Zobaczyłam, że w mojej religijności wszystko zbudowałam sama, bez Boga. Samotnie starałam się wypełniać przykazania, walczyć o czas na modlitwę – bez względu na zmęczenie. Nie chciałam zawieść Boga. Źródłem tego postępowania nie była łaska Boga (Jego miłość). Robiłam wszystko własnymi siłami, często z nieuświadomionego lęku. Nie potrafiłam inaczej. Podświadomie, nie zdając sobie z tego sprawy, starałam się zasłużyć na miłość Boga. Nie umiałam przyjmować Jego miłości (łaski) za darmo. Najtrudniejsze dla mnie było nauczenie się, jak pozwolić Bogu na to, aby mnie kochał i aby źródłem moich czynów była Jego miłość do mnie. Zapomniałam, że pragnieniem naszego Ojca nie jest to, abyśmy idealnie wypełniali wszystkie przepisy i przykazania. On pragnie, abyśmy wreszcie pozwolili Mu siebie w pełni pokochać. Bóg niesamowicie tęskni za każdym z nas. Pozwólmy Mu wpłynąć na nasze serca (pełne ran). On pragnie je dotknąć i uzdrowić.


Dopiero, kiedy straciłam zdrowie i stałam się zupełnie bezsilna (nie mogłam już uciekać przed miłością Boga – w pracoholizm, nadaktywność we wspólnocie i.in.), pozwoliłam Bogu, aby mnie kochał i na bieżąco uzdrawiał. Wtedy dopiero potrzebowałam Go całkowicie. Pozwoliłam Mu na otwarcie moich ran i rozpoczęłam – razem z Nim – drogę oczyszczenia. Bardzo pomogły mi wtenczas: modlitwy o przebaczenie sobie, Bogu i innym; terapia; kierownictwo duchowe i modlitwy o uwolnienie. To wszystko umożliwiło mi pootwieranie wielu moich ran.


Zaczęłam widzieć, jaka naprawdę jestem i czego faktycznie szukam. Zobaczyłam, ile fałszywych intencji jest w mojej religijności oraz jak bardzo zaniedbuję moją rodzinę i bliskich. Zauważyłam, że czas spędzany na modlitwie nie przekłada się na moje relacje z ludźmi. Relacje do mojego rodzeństwa i rodziców (szczególnie do ojca) były zupełnie zniszczone. Zobaczyłam wiele zła w swoim zachowaniu i dzięki temu wreszcie byłam w stanie przyjąć uwagi innych względem mnie. Zaczęłam oddawać Jezusowi całe to zło i wszystkie rany, które we mnie są. Prosiłam, aby On je przemieniał, uzdrawiał i jednocześnie – w wyobraźni – przytulałam się do Niego, uświadamiając sobie, jak bardzo mnie kocha. Powtarzałam: „Jezu, mój wszechmogący Przyjacielu, Ty się tym wszystkim zajmij”.


Wiem, że Bóg jest moim Ojcem. W każdej chwili dnia, z ogromną troską, pokazuje mi prawdę o mnie. Nie dlatego, żeby mnie potępić. Ojciec pragnie mojego szczęścia. Chce, żebym była zdrowa i dojrzała tutaj, na Ziemi. Pragnie dla mnie życia wiecznego w Niebie, gdzie będziemy przebywać ze sobą twarzą w twarz.


II. Przykłady „fałszywej religijności”


1) Fałszywy obraz Boga


Już dawno udowodniono naukowo, że obraz Boga budujemy w naszej podświadomości na podstawie obrazu naszych rodziców oraz osób bliskich. Obecnie ludzie są coraz bardziej poranieni i niestety obraz ten jest coraz „gorszy”. Nie wierzymy w dobroć i miłość Boga oraz Jego miłosierdzie i mądrą sprawiedliwość. Zapewne niejednego z nas straszono zdaniem: „Bóg Cię ukarze!”, „Bóg gniewa się na Ciebie!”. Pewnie nieraz nam samym wydawało się, że: „Bóg nie chce mojego szczęścia”.


Niemożliwe, aby osoba, która od lat katowana jest przez ojca-pijaka miała prawidłowy obraz Boga i ufała Mu bezgranicznie. Uwaga! Możliwe jest naprawienie tego obrazu! Jeśli wejdziemy na drogę uzdrowienia wewnętrznego i zaczniemy przebaczać dzięki łasce Boga, to nasze relacje do rodziców poprawią się, a wraz z tym odzyskamy prawdziwy obraz Boga – kochającego nas Ojca.

2) Fałszywy obraz miłości


Często spotykałam się, wśród osób wierzących, ze stwierdzeniem, że miłość polega tylko na dawaniu. Pamiętajmy, że miłość to dawanie, przyjmowanie i mądre wymaganie. Musi być zachowana odpowiednia relacja pomiędzy dawaniem i przyjmowaniem miłości a wymaganiem jej od innych.


Jeśli tylko dajemy miłość, a nie potrafimy jej przyjąć, może to być wynikiem braku miłości do siebie i poczucia winy. W takim przypadku uczymy osoby wokół nas egoizmu, a więc czynimy im wielką krzywdę (np. nadopiekuńczość rodziców, zachwiana relacja małżeńska itp.). Jeśli natomiast niczego z siebie nie dajemy, a tylko ciągle wymagamy od innych, jesteśmy egoistami (tzw. pasożytami czy darmozjadami). Jeśli osoba, która ma problem z wymaganiem wchodzi w bliższy związek z egoistą, wtedy powstaje „relacja toksyczna”.

3) Przekonanie, że uczucia są grzechem (gniew, zazdrość, itp.)


Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 1767) mówi:

„Uczucia same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Nabierają one wartości moralnej w takiej mierze, w jakiej faktycznie zależą od rozumu i od woli”.


Jak widać, samych uczuć nie możemy ocenić. Możemy natomiast ocenić czyny, których dokonujemy kierując się uczuciami. Wbrew błędnemu przekonaniu, gniew i zazdrość mogą motywować nas do wielkiego dobra względem siebie i innych. Bóg Ojciec, który stworzył człowieka, obdarzył nas tymi wszystkimi uczuciami, a wszystko, co stworzył nazwał dobrym. Od nas zależy, jak te uczucia wykorzystamy.


Psychologia przestrzega nas przed tłumieniem uczuć, ponieważ może to grozić wieloma chorobami. Podstawą rozwoju duchowego jest nauczenie się rozpoznawania własnych uczuć i praca z nimi:

„Uczucia są naturalnymi składnikami psychiki ludzkiej, stanowią obszar przejściowy i zapewniają więź między życiem zmysłowym a życiem ducha” [KKK 1764].


Dojrzały chrześcijanin nie powinien obawiać się wyrażania uczuć w stosunku do Boga i ludzi – nawet, jeśli jest to zazdrość lub gniew. Istnieje wiele technik wyrażania gniewu wobec najbliższych w taki sposób, aby ich nie krzywdzić – warto się tego nauczyć.


Uczucia mogą pomóc nam w wyrażaniu ciepła i serdeczności. Przykładowo, gniew pomaga w tym, aby obronić kogoś lub siebie, wyznaczyć granice postępowania. Zazdrość może być bardzo twórcza – np. może nas zmotywować do działania i zdobycia czegoś, czego zazdrościmy (widocznie jest to naszym marzeniem). Zazdrość, wyrażona w sposób właściwy, może kogoś podbudować, np.: „Zazdroszczę Ci tego, że masz takie piękne włosy, sukienkę, dobrą pracę, jesteś taka zdolna” itp.


Przyglądając się naszym uczuciom możemy zauważyć, że duża część z nich wynika ze zranień. Dzięki uczuciom możemy rozpoznać konkretną sytuację z przeszłości, która nas kiedyś zraniła, a z powodu której teraz my ranimy innych (zranienia nazywane są „korzeniem grzechu”). Przykładowo, depresja, długotrwale utrzymujący się smutek, rozchwianie emocjonalne lub częste napady agresji mogą wskazywać na to, że potrzebujemy pomocy specjalisty psychologa, terapeuty lub psychiatry.


Poznanie naszych uczuć, zaakceptowanie ich i nauczenie się tego, jak z nimi pracować jest ogromnie ważne dla zdrowia i rozwoju duchowego. Nasza psychika zbudowana jest na takiej zasadzie, że jeśli tłumimy jedno uczucie, to tłumimy wszystkie pozostałe. Zatem osoba, która nie potrafi wyrażać gniewu, prawdopodobnie nie będzie potrafiła też wyrazić miłości.

4) Oderwanie duchowości od rzeczywistości


Zdarza się, iż tak mocno angażujemy się w praktyki religijne, że ziemska rzeczywistość przestaje mieć już dla nas większe znaczenie i zaczynamy zaniedbywać swoje obowiązki. Pan Bóg stworzył całą rzeczywistość i postawił nas w niej – między ludźmi. Pragnie, abyśmy nauczyli się twardo stąpać po ziemi, trwając nieustannie w Jego obecności. Mamy czynić sobie Ziemię poddaną, a więc uczyć się każdego dnia pięknie żyć i kochać innych.


Ucieczka od rzeczywistości może być spowodowana nieuświadomionymi lękami. W takim przypadku powinniśmy odszukać przyczyny tych lęków (konkretne rany). Skoro Bóg postawił nas na Ziemi – w określonym miejscu i czasie, w określonej rodzinie i pracy – to z pewnością nie zrobił tego przez pomyłkę (ma tu dla nas zadanie do wypełnienia). Rzeczywistość, w której się znajdujemy jest naszym pierwszym powołaniem. Przykładowo, dla męża i ojca, żony i matki najważniejsze powinny być relacje i obowiązki rodzinne, a dopiero potem praktyki religijne służące wypełnieniu tych obowiązków. Bóg jest obecny w naszej codzienności (konkretnej rzeczywistości). Nie można mówić, że jest On tylko w kościele, tylko na spotkaniach modlitewnych czy rekolekcjach. Jezus towarzyszy mi cały czas, kiedy: pracuję, sprzątam, piorę, przewijam dziecko, czytam mu bajkę na dobranoc, rozmawiam z mężem, żoną. Jeśli świadomie i dobrowolnie ofiarowuję Mu wykonywane czynności, stają się one modlitwą, dzięki której łączę się z Nim duchowo.

5) Pojmowanie seksu jako czegoś grzesznego (złego)


O. Ksawery Knotz, zajmujący się duszpasterstwem małżeństw, dotyka w swej działalności szczególnie tematyki seksu. W książce pt. „Seks jest Boski” nawiązuje do słów św. Jana Pawła II. Papież nazywa zjednoczenie kobiety i mężczyzny komunią przy udziale Boga. Dalej o. Knotz pisze:


„Ukoronowaniem takiej komunii byłby akt seksualny, który zjednoczenie psychiczne i duchowe uzupełnia o zjednoczenie ciał. Jest on do dziś Komunią Świętą sakramentu małżeństwa”.


Serdecznie zachęcam do zapoznania się z książkami o. Ksawerego Knotza. Można też uczestniczyć w prowadzonych przez niego rekolekcjach dla małżeństw, poruszających temat aktu seksualnego (www.szansaspotkania.pl).

6) Fałszywy obraz męskości i kobiecości


Pan Bóg pragnie objawiać Swoją miłość we wzajemnej relacji kobiety i mężczyzny. W dzisiejszych czasach kobiecość i męskość zostały bardzo zniszczone. Jesteśmy mocno poranieni i zagubiliśmy prawdziwy obraz męskości, kobiecości, a szczególnie miłości. Często można usłyszeć (w mediach) lub przeczytać (w gazetach i czasopismach) wiele nieprawdziwych informacji o tym, jaki powinien być „chrześcijański” mężczyzna, a jaka powinna być kobieta-chrześcijanka. Niestety wynika to ze zranień, stereotypów, z braku wiedzy oraz błędnej interpretacji Pisma Świętego.


Gdzie znaleźć prawdę? Otóż prawda jest w nas (ukryta głęboko w naszych sercach). U niektórych osób jest szczególnie mocno przysłonięta (w efekcie określonych decyzji: naszych i osób, z którymi blisko przebywamy). Kim jestem jako kobieta, a kim jako mężczyzna? Czego pragnę? Co sprawia mi radość? Czym jest dla mnie szczęście? Jaki jest cel mojego życia? Jak poszukiwać tej prawdy? Polecam książki Johna i Stasi Eldredge: „Dzikie serce” oraz „Urzekająca”. Autorzy pokazują w nich drogę do odnalezienia własnego serca, własnych marzeń i pragnień, które ukrył w nas sam Bóg. Polecam książki Jo Croissant: „Ciało świątynią piękna” oraz „Kapłaństwo serca”. Polecam też książkę: Monika i Marcin Gajdowie: „Rozwój. Jak współpracować z łaską?”.


Zachęcam do przeczytania listu apostolskiego św. Jana Pawła II, pt. „Mulieris Dignitatem” (MD), o powołaniu i godności kobiety. Papież pisze w nim, że kobieta i mężczyzna w małżeństwie powinni być sobie „wzajemnie poddani”.


<<Tekst skierowany jest do małżonków jako do konkretnych kobiet i mężczyzn, i przypomina im ethos miłości oblubieńczej, który sięga Boskiego ustanowienia małżeństwa od „początku”. Prawdzie tego ustanowienia odpowiada wezwanie: „Mężowie, miłujcie żony wasze” (Ef 5,28), miłujcie z racji tej szczególnej i wyjątkowej więzi, poprzez którą mężczyzna i kobieta w małżeństwie stają się „jednym ciałem” (por. Rdz 2,24; Ef 5,31). W tej miłości zawiera się podstawowa afirmacja kobiety jako osoby – afirmacja, dzięki której kobieca osobowość może się w pełni rozwijać i ubogacać. Właśnie tak postępuje Chrystus jako Oblubieniec Kościoła, pragnąc, aby był on „chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki” (Ef 5,27). Można powiedzieć, iż w tym miejscu zostaje w pełni przejęte to, co stanowi cały Chrystusowy „styl” odniesienia do kobiety. Mąż winien przejąć elementy tego stylu w odniesieniu do żony i, analogicznie, winien to uczynić mężczyzna w odniesieniu do kobiety w każdej sytuacji. W ten sposób obydwoje, mężczyzna i kobieta, uczą się składać „bezinteresowny dar z siebie”>> [MD 24].

<<Autor Listu do Efezjan nie widzi żadnej sprzeczności pomiędzy tak sformułowanym wezwaniem a stwierdzeniem: „Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony” (Ef 5,22-23). Wie bowiem, że ten układ, który głęboko był zakorzeniony w ówczesnym obyczaju i religijnej tradycji, musi być rozumiany i urzeczywistniany w nowy sposób: jako „wzajemne poddanie w bojaźni Chrystusowej” (por. Ef 5,21). Zwłaszcza, że mąż jest nazwany „głową” żony, tak jak Chrystus jest Głową Kościoła, bo „wydał za niego samego Siebie” (Ef 5,25), a wydać zań samego siebie oznacza oddać nawet własne życie. O ile jednak w odniesieniu Chrystus-Kościół poddanie dotyczy tylko Kościoła, to natomiast w odniesieniu mąż-żona „poddanie” nie jest jednostronne, ale wzajemne!>> [MD 24].


Jan Paweł II porównuje relację kobiety i mężczyzny do relacji kapłana i Eucharystii:


„Jeśli Chrystus, ustanawiając Eucharystię, związał ją tak wyraźnie z kapłańską posługą Apostołów, to mamy prawo żywić przekonanie, że chciał w ten sposób wyrazić zamierzoną przez Boga relację pomiędzy mężczyzną a kobietą, pomiędzy tym, co „kobiece” a tym, co „męskie”, zarówno w tajemnicy Stworzenia, jak i Odkupienia. Przede wszystkim w Eucharystii wyraża się w sposób sakramentalny odkupieńczy czyn Chrystusa-Oblubieńca w stosunku do Kościoła-Oblubienicy. Staje się to przejrzyste i jednoznaczne wówczas, gdy sakramentalną posługę Eucharystii, w której kapłan działa in persona Christi – wypełnia mężczyzna” [MD26].


W celu poznania męskości i kobiecości, warto też zainteresować się literaturą opisującą różnice w budowie mózgu kobiety i mężczyzny, i wynikające z tego zależności. Odnalezienie i uzdrowienie ran związanych z kobiecością i męskością oraz wzajemne poznanie i akceptacja różnic płci jest jednym z fundamentów szczęścia małżonków.

7) Dążenie do świętości poprzez skrupulatne wypełnianie wszystkich przepisów (bez otwarcia się na miłość Boga)


Relacja z Bogiem powinna ulegać zmianom. Zazwyczaj, na początku, nie jesteśmy w stanie przyjąć takiej ilości łaski i miłości, jaką Bóg pragnąłby nam ofiarować. Nie widzimy prawdy o sobie. Nie otwieramy się na uzdrowienie wewnętrzne. Jesteśmy pyszni – uważamy siebie za lepszych od innych. Zakładamy wiele masek w stosunku do ludzi, a także względem Boga. Stosujemy bardzo różne mechanizmy. Wielu z nas, nieświadomie, próbuje zasłużyć na miłość Boga poprzez angażowanie się w bardzo wiele działań lub skrupulatne wypełnianie wszystkich przepisów prawa. Niektórzy wypełniają przykazania kierując się strachem przed wiecznym potępieniem.


Potrzebujemy pewnego czasu na oswojenie się z Bogiem, lepsze poznanie Go, zaufanie Mu. Potrzebujemy odważyć się na to, aby pozwolić Bogu, by nas kochał, otwierał nasze rany i je uzdrawiał. Dopiero przyjęcie przebaczenia Boga (naszego Ojca) oraz proces przebaczania ludziom, sobie i – gdy potrzeba – Bogu otwiera nas głębiej na prawdę o naszych słabościach i na miłość Boga. Siłą motywującą nas do jakiegokolwiek działania związanego z wiarą powinna być miłość, a nie strach:


W miłości nie ma lęku,

lecz doskonała miłość usuwa lęk,

ponieważ lęk kojarzy się z karą.

Ten zaś, kto się lęka,

nie wydoskonalił się w miłości.

O źródle miłości

My miłujemy [Boga],

ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował. [1J 4,18-19]


Ważne jest, aby nasza miłość do ludzi i do Pana Boga rozwijała się. Istnieje zagrożenie, że możemy zatrzymać się na etapie lęku. Najczęściej lęk ten jest u nas nieuświadomiony i objawia się dopiero w trakcie otwierania się ran.


Jeśliby ktoś mówił: „Miłuję Boga”,

a brata swego nienawidził, jest kłamcą,

albowiem kto nie miłuje brata swego,

którego widzi, nie może miłować Boga,

którego nie widzi.

Takie zaś mamy od Niego przykazanie,

aby ten, kto miłuje Boga,

miłował też i brata swego. [1J 4,20-21]

8) Pogarda i postawa wyższości w relacji do tzw. osób żyjących w grzechach ciężkich oraz odrzucanie ich


Pan Bóg daje nam wielką łaskę stawiając nas w środowisku osób zagubionych. Przebywając z nimi możemy się nawracać (prawdziwie rozwijać). Wszystkim osobom praktykującym wiarę w Boga grozi postawa wywyższania się – pychy. Faryzeusze w Ewangelii uważali się za lepszych, ponieważ wypełniali idealnie wszystkie przepisy prawa. My również mamy często nieświadome poczucie, że osiągnęliśmy pewien stopień doskonałości z racji tego, iż codziennie odmawiamy „paciorek” oraz uczęszczamy w niedziele i święta do kościoła.


Jak sprawdzić, czy w moich praktykach religijnych nie kieruje mną pycha, asekuracja i przyzwyczajenie? Weryfikacją jest tu możliwość przebywania z osobami dla nas trudnymi, zagubionymi, trwającymi w grzechach ciężkich czy wprost krzywdzącymi nas. Wtedy dopiero wszystko z nas wychodzi: poczucie wyższości, nieumiejętność przebaczenia, egoizm, obrażanie się itp.


Jakiś czas temu zaczęłam wychodzić z wolontariuszami na ulice, do bezdomnych. Twierdziliśmy, że idziemy ewangelizować bezdomnych. Jednak po dłuższej praktyce zobaczyłam, że to bezdomni ewangelizują mnie. Dzięki spotkaniom z nimi wychodzę z mojego egoizmu i samolubstwa. Moja pycha i faryzejskie wywyższanie się zderza się z pokorą osób, które wiedzą, że trwają w grzechach ciężkich, lecz nie potrafią sobie z tym poradzić. Mimo tego posiadają oni klucz do bram Nieba – pokorę. My zazwyczaj posiadamy pychę – coś, co może to Niebo dla nas zamknąć.


Podobnie postępowałam w stosunku do mojego ojca, który był bardzo trudnym człowiekiem i sprzeciwiał się wierze w Boga. Tak bardzo pragnęłam, żeby poznał Pana Boga, iż ciągle mu o tym mówiłam, naciskałam go, lecz jednocześnie dużo się za niego modliłam. Niestety nie widziałam prawdy o sobie – o moich grzechach i słabościach. Byłam zła na Boga, że mój ojciec przez tyle lat się nie nawrócił. Dziś, po wielu latach, widzę, że postawa jego potrzebna była do tego, abym to ja zaczęła się nawracać. Konieczne było, żebym zmieniła się jako pierwsza w rodzinie. Dostrzeżenie takich faktów jest niezmiernie trudne, gdyż przyjęcie prawdy o sobie jest bardzo niewygodne. W „Księdze Wyjścia” (Biblia) czytamy o tym, że Bóg uczynił upartym serce faraona, który niszczył Izraelitów. Jednak dzięki cierpieniom Izraelici mieli możliwość nawrócić się do Boga.

9) Brak otwartości na osoby niewierzące


Częstą postawą nas, chrześcijan, jest zamykanie się w grupie ludzi, którzy mają te same poglądy, co my. Czujemy się wówczas bezpiecznie – nikt nie podważa naszego zdania, a tkwiąc w postawie fałszywej świętości nie mamy zbyt wiele pokus do tego, aby „zbrukać się grzechem”. Spełniamy „idealnie” wszystkie przykazania. Tak jest najłatwiej. Jednak w Księdze Izajasza czytamy:


„I usłyszałem głos Pana mówiącego: <<Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?>> Odpowiedziałem: <<Oto ja, poślij mnie!>>”. [Iz 6,8]


Kto zdecyduje się objawić miłość Boga osobom, które żyją poza Kościołem? Z lęku pochowaliśmy się w bezpiecznych kręgach. A to, co ofiarowujemy osobom o innych poglądach, to często atak słowny wynikający z naszego lęku i bezradności. Samymi słowami niczego nie zmienimy. Najpierw potrzebna jest nasza bezinteresowna służba i modlitwa za tego typu osoby (czasem przez wiele lat). Słowa bez czynów nie mają żadnego znaczenia. Najlepiej jest mówić innym o Bogu wtedy, gdy ktoś sam nas zapyta lub gdy faktycznie jesteśmy naśladowcami Chrystusa. Często osoby wokół nas potrzebują widzieć najpierw przemianę w nas samych – a to jest najtrudniejsze.

10) Nienawiść i atakowanie osób o odmiennych poglądach (np. z przeciwnej partii politycznej)


Musimy pamiętać, że Jezus Chrystus umarł za wszystkich. Pragnie zbawienia każdego człowieka. Kocha tak samo mnie i mojego „wroga”. Oczywiście mam prawo i obowiązek wypowiadać swoje zdanie (najpierw dobrze jest o tym powiedzieć Bogu)! Jezus wielokrotnie zwracał bardzo ostro uwagę faryzeuszom i uczonym. Skoro tak, jaka była w tym Jego intencja? Robił to z miłości – pragnął, aby się opamiętali, a poprzez ostre słowa chciał uratować ich dusze. Z pewnością Jezusa intencją nie było „zniszczenie wroga”. Nawet będąc przybijanym do krzyża, Jezus wypowiada słowa: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” [Łk 23,34a].


Jeśli mamy pragnienie zmienić coś u innych, potrzebna jest najpierw przemiana nas samych oraz postawa naszej bezinteresownej służby i modlitwy.

11) Wielka ilość praktyk religijnych nie przekładająca się na relacje z ludźmi


Można tu zastosować łatwy test: „Taki stosunek mamy do Boga, jaki do ludzi”. Praktyki religijne powinny prowadzić do:

- poprawy relacji z ludźmi,

- niekończącego się przebaczania ludziom ich przewinień,

- nauki zdrowej miłości (dawania, przyjmowania i wymagania).


Wielu Polaków „chodzi do kościoła” (praktykuje), lecz nigdy nie doświadczyło żywego, kochającego Boga (dotykającego naszych ran i uzdrawiającego je). Prawdziwa relacja z Bogiem, pełnym miłości, prowadzi do otwarcia ran, uzdrowienia ich, przebaczenia winowajcom i do poprawy stosunku wobec siebie, Boga i innych ludzi. Słyszałam wiele razy o rodzicach, którzy angażują się w ruchy kościelne, często się modlą, a w domu znęcają się psychicznie nad całą rodziną, niszcząc ją. Być może nie zdają oni sobie sprawy z tego, że mogą potrzebować pomocy specjalisty (psychologa, terapeuty), gdyż sama modlitwa nie wystarczy.

12) Ucieczka w religijność przed problemami życia


Zdarza się, że wiele osób bardzo dużo czasu poświęca na praktyki religijne, rekolekcje czy angażowanie się w różne wspólnoty przykościelne, ponieważ czuje się w tych kręgach bezpiecznie. Są tam akceptowani oraz wspierani duchowo, mentalnie, psychicznie i emocjonalnie. Siła, którą otrzymali poprzez udział w takich inicjatywach powinna być wykorzystana do zmiany ich życia, odważnego wejścia w rzeczywistość i twardego stąpania po ziemi. Jeśli ktoś ogranicza się do zaangażowania w Kościele, nie podejmując działań związanych z naprawą swojego życia, nawet nie zdąży zauważyć, jak jego życie przestanie przynosić dobre owoce. Przestanie się rozwijać, a więc przestanie kochać. Zacznie w nim pęcznieć pycha, na fundamencie której dojrzeją inne grzechy (np. lenistwo, zazdrość, chciwość czy nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu).


III. Sposoby pracy nad budowaniem „zdrowej religijności”


Budowanie „zdrowej religijności” jest procesem, który trwa całe życie. Bardzo wiele może zostać uzdrowione i zmienione, jednak na Ziemi pozostajemy osobami poranionymi i zdolnymi do grzechu. Pełnię uzyskamy dopiero w Niebie – tam zostanie w pełni odbudowany prawdziwy obraz Boga (pełnego miłości i miłosierdzia). Tam, w sposób doskonały, zrozumiemy rolę cierpienia, które towarzyszyło nam w życiu.


W jaki sposób powinniśmy stawiać fundament naszego życia? Każdego dnia dokonujmy tego przez rozwój naszej osobistej relacji z Bogiem, Ojcem wszystkiego we wszystkim. Każdy nasz czyn, każda decyzja czy zachowanie w stosunku do innych ludzi oraz każdy przejaw religijności powinny wynikać z naszej miłości do Ojca. Jego miłość do nas jest jedynym źródłem mocy, które może uzdolnić nas do odwzajemnienia Jego miłości. Dążmy do tego, aby jednoczyć się z Bogiem ukrytym w sercu każdego człowieka. Okazujmy Bogu miłość poprzez budowanie z Nim relacji w drugim człowieku. Jezus Chrystus wyraźnie utożsamia się z człowiekiem, w sercu którego mieszka:


„(...) byłem głodny, a daliście Mi jeść;

byłem spragniony, a daliście Mi pić;

byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;

byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;

byłem chory, a odwiedziliście Mnie;

byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie.

(…) Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych

braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. [Mt 25,35-40]


„(...) Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. (...) Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. (...) Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie?”. [J 14,6-10]


Cofnijmy się do dzieciństwa. Wyobraźmy sobie matkę, która nas nie kocha. Wykonuje swoje obowiązki z wielkim trudem – często z niechęcią i buntem – jedynie dlatego, iż sąsiedzi ją obserwują i boi się, że policja czy prokuratura może ją ścigać za brak zapewnienia dziecku prawidłowej opieki. Czy chcielibyśmy takiej miłości? Tak samo Bóg nie chce żebyśmy „tylko” wypełniali Przykazania (prawo). On pragnie, abyśmy z całego serca pokochali Go.


Świętość nie polega na byciu idealnym. Święci mieli wiele wad i słabości, ale dzięki zbliżaniu się do Boga widzieli prawdę o sobie – wiedzieli, że są grzesznikami i nie próbowali zmieniać się „w pojedynkę”. Siłą, która ich zmieniała była miłość Boga (przyjmowali ją z prostotą dziecka). Świętość polega na tym, że odważnie odkrywasz swoje słabości i prawdę o sobie, lecz natychmiast oddajesz to wszystko Bogu, aby cię umacniał i dodawał sił.


Świętość to świadomość tego, że pomimo tak wielu słabości mogę z radością pobiec w stronę Ojca, wskoczyć Mu na ramiona i przytulić się do Niego. W tym momencie, za każdym razem, Ojciec przytula mnie z niewyobrażalną miłością i nie zwraca uwagi na moje niedoskonałości. Święty to osoba, która z odwagą poznaje prawdę o sobie i z odwagą przyjmuje miłość Boga, który jako pierwszy nas pokochał (zanim życie nasze poczęło się w łonie matki).


Dziesięć ważniejszych cech „zdrowej religijności”:

1. Kocham Boga, siebie i każdego człowieka – szczególnie tego, którego najtrudniej jest mi pokochać.

2. Umiem przebaczać. Wiem, że jest to łaska. Sam z siebie nie jestem do tego zdolny. Pierwszym etapem przebaczenia jest gniew. Przeżywam swoje uczucia w pełni, nie tłumię ich. Istnieje wiele sposobów na wyrażenie uczuć tak, aby nikogo nie skrzywdzić (nie musimy wyrażać uczuć wobec krzywdziciela). Przebaczenie nie oznacza braku sprzeciwu wobec zła! Sprzeciw ten jest wyrazem miłości wobec krzywdziciela – pokazujemy mu, że to, co robi jest złe i wyznaczamy swoje granice. Potrafię odbudować relację z osobą, która mnie zraniła.

3. Odważnie odkrywam prawdę o sobie. Modlę się o łaskę codziennego odkrywania tej prawdy. Słucham uważnie tego, co mówią o mnie ludzie, na co zwracają mi uwagę. Proszę Boga, aby dawał mi siłę przyjęcia tych uwag (ufam, że Bóg przemawia do mnie poprzez ludzi, których spotykam). Proszę Go o ukazywanie mi moich ran, z powodu których ranię innych ludzi. Modlę się o uzdrowienie własnych ran. Jeśli trzeba, odważnie korzystam z pomocy specjalistów.

4. Potrafię przepraszać.

5. Wiem, że miłość polega na dawaniu i braniu (otwieraniu się na dobroć ludzi). Potrafię odnaleźć tę równowagę. Nie uczę innych egoizmu poprzez wykonywanie za nich wszystkiego (brak miłości do siebie), lecz umiem stawiać innym wymagania. Nie jestem egoistą zrzucając na innych wszystkie moje sprawy.

6. Ilość moich praktyk religijnych nie koliduje z moim pierwszym powołaniem (rodzina, czyli żona/mąż, dzieci, szkoła, studia, obowiązki domowe, zdrowie, odpoczynek itp., a następnie praca).

7. Życie modlitewne przynosi konkretne owoce w moim życiu. Odważnie podejmuję swoje powołanie. Jeśli mam trudności z wejściem w powołanie, podejmuję odważne kroki w kierunku uzdrowienia wewnętrznego (np. kierownik duchowy, psycholog, rekolekcje z modlitwą o uzdrowienie wewnętrzne itp.). Zmiany są widoczne w moim życiu. Nie uciekam od problemów, lecz je rozwiązuję (w bieżącej współpracy z Bogiem, moim Ojcem).

8. Jeśli życie w łasce uświęcającej przychodzi mi łatwo, nie czuję się lepszy od innych (wiem, że wówczas moim największym zagrożeniem jest pycha; może ona być większym grzechem niż ciężkie grzechy moich bliźnich!). Mam postawę pełną miłosierdzia wobec osób, którym trudno jest uwierzyć w miłosiernego Boga (Ojca wszystkich ludzi). Stawiam takich ludzi wyżej od siebie, gdyż wiem, że w każdej chwili ja również mogę upaść (podtrzymuje mnie tylko łaska Boga). Nic nie jest bezpośrednio moją zasługą ani własnością (wszystko zostało mi przez Boga powierzone, abym mądrze tym zarządzał).

9. „Mało mówię, dużo robię!”. Ludzie, których spotykam dostrzegają moją wiarę w sposobie okazywania im miłości. Czy moja miłość względem nich jest ofiarna? Czy swoim życiem naśladuję Jezusa? Z reguły, nie muszę mówić, że jestem wierzący, gdyż to bije z moich czynów, postawy i spojrzenia. Nie muszę niczego mówić, bo „Słowo stało się ciałem” – moja relacja z Bogiem i Jego słowa zmieniły mnie, stały się żywe. Na tyle stały się one ciałem w moim życiu, że nie muszę już niczego oświadczać – stałem się miłością Boga do innych ludzi. Ludzie wokół mnie doświadczają bezpośrednio miłości Boga poprzez moje miłosierne i sprawiedliwe postępowanie względem nich. Bóg, ukryty w sercach tych ludzi, przemawia do nich na skutek podjętych przeze mnie decyzji i działań, we współpracy z Nim.

10. Mam prawidłowy obraz Boga, a jeśli nie, to otwieram serce i umysł na przyjęcie prawdy o Nim (wówczas Bóg będzie mi Siebie stopniowo ukazywał – zawsze to robił, lecz moja uwaga była skupiona na „sprawach przyziemnych”). Bóg jest moim Ojcem. Kocha mnie miłością nieskończoną i niesamowicie za mną tęskni. Każdego dnia opiekuje się mną. Ma moc uczynić wszystko, co będzie dla mnie dobre. Nie muszę się Go bać. Ojciec nie potępia mnie, kiedy upadam (świadomie lub nieświadomie wchodzę na drogę grzechu). Tata pragnie mojego szczęścia. Kocha mnie za darmo. Nie muszę dokładać starań, aby zasłużyć na Jego miłość (np. poprzez odbywanie dużej ilości praktyk religijnych). Jeśli decyduję się praktykować wiarę w Boga, mojego Ojca, to robię to z miłości do Niego i ogromnej wdzięczności za to, że opiekuje się mną i całym wszechświatem.


Warto przeczytać:

1. „Wiara, która uszczęśliwia. Odtrutka na chorą religijność”, o. Wojciech Jędrzejewski,

2. „Poznaj siebie, spotkasz Boga”, Jacek Prusak SJ,

3. „Konflikty psychiczne. Ich wpływ na życie religijne i moralne”, Karol Meissner OSB.



Dominika, teolog